Stefan Darda „Zabij mnie, tato” – recenzja.

Rok 2015, Ryków. Dwie dziewczynki giną bez śladu po tym, gdy na chwilę opuszcza je starsza siostra w trakcie powrotu ze szkoły. Zdzisław Mokryna, który jest przyjacielem rodziny i emerytowanym policjantem, zaczyna swoje śledztwo. Dowiaduje się, co się właściwie stało i robi wszystko, by Julia i Ola wróciły bezpiecznie do domu.

Dawno nie czytałam takiej książki i jestem nią ogromnie poruszona. Przede wszystkim tematyką, która sprawia, że trudno jest przebrnąć przez treść – porwanie dzieci, przetrzymywanie, rozpacz rodziny, przygniatające poczucie winy. A także przyjaźń, bo to przecież dzięki jej sile Mokryna poświęca wiele, by pomóc Kamilowi Szykowiakowi, na którego cierpienie nie może patrzeć i ten wątek, wbrew pozorom, jest również przejmujący.

Początkowo sądziłam, że akcja będzie dynamiczna, śledztwo wymagające, a zwroty akcji będą skłaniać do główkowania. Nic bardziej mylnego. Powoli zostajemy wprowadzeni w sytuację, poznajemy bohaterów, wyrabiamy sobie na ich temat zdanie, zanim dojdzie do porwania. Mimo to nie nudzimy się nawet przez chwilę. Otrzymujemy tu pierwszoosobową narrację, punkt widzenia Zdzisława Mokryny, który nie może sobie poradzić z tragedią, jaka spotkała jego najbliższych. Autor bardziej skupił się tu na nakreśleniu portretów psychologicznych w obliczu tak trudnej sytuacji – zarówno rodziny zaginionych dziewczynek, jak i ich bliskich, o których samopoczuciu często się zapomina. I zrobił to bardzo dobrze.

Niezwykle przejmująca lektura, którą trudno przeczytać od razu, nawet jeśli ma się bardzo dużo czasu. Ładunek emocjonalny bije po oczach, nie tylko z opisów przeżyć rodziny Julii i Olii, ale też z zachowań zrozpaczonych bohaterów. Ile człowiek jest w stanie znieść?

Nie ma tu wiele zaskoczeń, zwrotów akcji i kompletnie nie o to tutaj chodzi. Winnego poznajemy dosyć szybko, jednak napięcie towarzyszące szukaniu tropów sugerujących miejsce przetrzymywania dziewczynek nie opuszcza nas do samego końca. Mokryna wzbudza sympatię – konkretny, bezpośredni, empatyczny, doświadczony przez życie. Oprócz głównego wątku mamy tu też poboczne, daje do myślenia temat potencjalnych skutków wypuszczenia na wolność morderców na mocy uchwalonej amnestii oraz różnych niedociągnięć prawnych.

Zakończenie porusza, przejmuje, dotyka oraz najczulsze struny. W książce znajdziemy zresztą takich momentów wiele – przyznaję się bez bicia do kilkukrotnego powstrzymywania łez w trakcie czytania. Powieść spełniła swoje zadanie i jestem nią bardzo usatysfakcjonowana.

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Czarna Owca.

6 myśli w temacie “Stefan Darda „Zabij mnie, tato” – recenzja.”

Dodaj odpowiedź do Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi