Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę” – recenzja.

Są takie książki, do których trzeba dojrzeć i wrócić po latach, by w końcu w pełni rozumieć ich sens. Do jednej z nich zaliczam „Małego Księcia”. Jest to opowieść o poszukiwaniu tego, co w życiu najważniejsze oraz poświęcaniu zbyt wiele czasu na to, co mało istotne. Książka jest napisana w pierwszej osobie, w związku z czym dokładnie poznajemy uczucia, jakie wywołuje w narratorze Mały Książę oraz rodzącą się między nimi szczególną więź. Historia tytułowego chłopca zadziwia, uczy i uświadamia nam, że wiele wartościowych rzeczy możemy nauczyć się od dzieci. Mały Książę odwiedza kilka planet, wdaje się w krótkie rozmowy i z biegiem czasu zaczyna doceniać to, co wcześniej go irytowało. Nieoczywiste postacie zatracone w swoich przygnębiających światach otwierają oczy nie tylko chłopcu, lecz również czytelnikowi. Prawie każdy rozdział zawiera naukę, którą zrozumieć może chyba jedynie dorosły, ponieważ mało w nich dosłowności. Książka jest pełna metafor, pięknych, ponadczasowych cytatów i przesłań, z których skorzystać powinien każdy czytający. Jest krótka, ma bogatą treść, lecz na uwagę zasługuje fakt, że nie zawiera zbędnych opisów – autor dokładnie wiedział, co chce dzięki niej przekazać i po prostu to zrobił. Nie przepadam za tym gatunkiem literatury, lecz uważam, że warto poświęcić chwilę, by przeczytać tę lekturę. Daje nam szansę na to, by zatrzymać się w tym pędzie, zrozumieć jej przekaz i przemyśleć, czy to, na czym skupiamy najwięcej uwagi w życiu, jest tego warte.

Pierwsze strony mojej książki.

– Co mam zrobić? – usłyszał Hodycki, siedząc na swoim skórzanym fotelu i paląc drogie cygaro.

Miał na sobie idealnie skrojony garnitur nałożony na białą, nieskazitelną koszulę. Odpiął guzik pod szyją, patrząc niewidzącym wzrokiem na czerwony, gruby dywan pokrywający podłogę w jego gabinecie.n

– Zmusić do współpracy – odpowiedział.

– Dozwolone sposoby?

Hodycki starał się nie przewrócić oczami i zamiast odpowiedzi powoli wypuścił kłąb dymu z ust ku górze. Zastanawiał się, jakim cudem najbardziej bezwzględny człowiek jakiego znał, mógł czasami zadawać tak idiotyczne pytania.

Klaudiusz Kasztanowski. Mimo wszystko, była to najbardziej korzystna znajomość, którą Jerzy nabył w ciągu tych ostatnich, dwudziestu pięciu lat. Mógł na niego liczyć, zawsze dostawał to, czego od niego chciał i był pewien, że ten nigdy go nie zawiedzie. Wiedział, że Klaudiusz wpatrywał się w niego jak w święty obrazek i nie miał ku temu żadnych obiekcji. W końcu młodość rządzi się własnymi prawami, prawda? Dla niego natomiast ta relacja była po prostu nadzwyczaj udanym biznesem. Kasztan był bezlitosny, miał na swoim koncie niewyobrażalne krzywdy wyrządzone innym ludziom. Potrafił jak nikt inny wydobyć swoją siłą, sprytem, bezdusznością i umiejętnościami potrzebne informacje, a przy tym nie rzucał się w oczy. Na słowo ,,tortury” uśmiechał się jak dziecko, które właśnie usłyszało, że dostało wymarzoną, długo oczekiwaną grę. Nie był jednym z łysych osiłków w dresach, na widok których każdy z nas przechodzi na drugą stronę ulicy. Miał trzydzieści dwa lata, krótko ostrzyżone, czarne włosy, łagodne rysy twarzy i głowę za dużą w stosunku do reszty ciała. Był wysoki, lecz szczupły i zawsze ubierał się na czarno. Jego ruchy były niewiarygodnie szybkie, precyzyjne, a zdolność przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego przypominała wręcz teleportację. Wiele lat trenował wyjątkowo niebezpieczne sztuki walki i dzięki temu osiągnął w tej dziedzinie najwyższy poziom. W jednej chwili mógł bestialsko zamordować człowieka, a w następnej niewinnie uśmiechać się do kasjerki w sklepie spożywczym. Mimo swojego młodego wieku zdołał zabić wielu ludzi.

– Każdy – odparł Jerzy. – Ma współpracować, rozumiesz? – zapytał. – Nie interesuje mnie, jak tego dokonasz, jednak wiesz, jakie sposoby na nią podziałają. Skrzywdź ją, ale nie zabijaj. Jeszcze.

Ostatnie lata bardzo zmieniły Hodyckiego. W końcu przejrzał. Wiedział, że musi się zemścić. Zaciągnął się ostatni raz i zgasił cygaro. Przeniósł wzrok na białe ściany, kręcąc głową z niedowierzaniem. Był taki łatwowierny, kto by powiedział? Jak mógł tego nie przewidzieć? Przez swój karygodny błąd spędził tyle lat w zamknięciu, w odizolowaniu, z bandą kretynów, którzy tak łatwo dali się złapać.

Tak jak on.

Kasztan skinął głową i bezgłośnie wyszedł, podczas gdy Jerzy jeszcze przez chwilę patrzył na ledwo zamknięte drzwi. Przez głowę przeszła mu myśl, że będąc w tym wieku sam naiwnie wierzył we wszystkie swoje możliwości, mając pewność, że cały świat należy do niego. Nie pomyślał wówczas, jak to, co ma zamiar zrobić zmieni całe jego życie.

Przeliczył się.

Pojawiła się ona. Jerzy zakochał się beznadziejną, ślepą miłością, która w ostatecznym rozrachunku zmarnowała mu dwadzieścia pięć lat życia. Jak mógł na to pozwolić? Jak mógł nie zauważyć żadnych sygnałów, które nieuchronnie zapowiadały zbliżajacą się klęskę?Ostatnie dni przelały czarę goryczy. Nawet wczoraj, po tylu latach, nadal wierzył, że nie został wykorzystany w tak podły sposób. Mimo wielu podejrzeń jakaś część umysłu – zapewne ta mająca zbyt duży związek z sercem – nie chciała dopuścić do siebie tych wątpliwości.

W imię czego? Porzucenia i upokorzenia? Tak, musiał to przyznać przed samym sobą. Został poniżony do tego stopnia, że nie mógł jej tego odpuścić tak po prostu.

Niech ją szlag!

Wstał i kopnął fotel, który przewrócił się z impetem na podłogę. Oparł dłonie o blat biurka i westchnął głęboko. Spokojnie, nie będzie się denerwował. Nie będzie sobie psuł nerwów przez tę sukę. Ona też poczuje, co to strach. Co to ból. Co to upokorzenie. Na tę myśl ponownie poprawił mu się humor.

Podszedł do ogromnego okna i głośno się zaśmiał. Głupiec, głupiec, głupiec.

Widział, że coś się dzieje, ale naiwnie wmawiał sobie, że to jedynie mylnie odebrane przez jego wzrok obrazy. Przecież nadal go odwiedzała, mimo tego, że robiła to coraz rzadziej i zachowywała się coraz dziwniej. Tak działa siła miłości, czyż nie? Nie jest prawdą stwierdzenie, że nie zauważamy negatywnej zmiany zachowania ukochanej osoby w stosunku do nas samych. Widzimy aż nazbyt dotkliwie, jak zostajemy ignorowani i pogardzani. Po prostu cały czas sami siebie przekonujemy, że przesadzamy. Usprawiedliwiamy idiotycznymi wymówkami, w które w końcu sami zaczynamy wierzyć. Wystarczy, że usłyszymy rzucone od niechcenia słowo „przepraszam”, aby nadzieja, że wszystko się ułoży, ponownie zawładnęła naszym umysłem i sercem. Jerzy zdał sobie sprawę z tego, że tak postępował przez kilka ostatnich lat. Tyle dla niej poświęcił, zrobiłby wszystko, o co by poprosiła, a przez to zaangażowanie wylądował za kratkami. Kilka dni temu wyszedł na wolność i pragnął z nią świętować. W końcu był skazany na dożywocie, a szczęśliwy los sprawił, że pożyje jeszcze kilka lat, dostarczając do płuc świeże powietrze. Jakaś romantyczna kolacja, świecie, dobre, półsłodkie wino, takie jak lubiła. A ona z nim zerwała. Tak po prostu.

Głośno westchnął, kręcąc przy tym głową. Przez wiele lat był pomiatany i ślepo wierzył, że ona może jednak go kocha. Nie kochała.

Tyle lat!

Spojrzał z okna na zakorkowaną ulicę. Godzina szczytu. Uniósł kącik ust.

Pora zacząć przedstawienie.

_________________________________

Książkę napisałam mając 22-23 lata. Teraz – po 5 latach – widzę, że wiele bym w niej poprawiła, jednak, jak wiecie, nie mam teraz na to czasu. Proszę zatem tylko o wyrozumiałość odnośnie powyższego tekstu, który jest początkiem mojej pierwszej powieści. Co o nim myślicie?

Hans Rosling „Factfulness” – recenzja.

Rozwojowa, poszerzająca horyzonty myślowe pozycja, którą powinien przeczytać każdy. Jej tematem, a raczej celem przewodnim jest otworzenie nam oczu na fakt, iż świat w rzeczywistości nie jest taki zły, jakim go widzimy. Książka jest jak łyk świeżego powietrza w zanieczyszczeniu negatywnych, wykreowanych przez media informacji, prognoz i bezsensownych działań władzy, które aktualnie nas otaczają. Zawiera wiele danych statystycznych z poprzednich lat dotyczących różnych zagrożeń dla ludzkości, które zostały porównane z aktualnymi. Dane te, jak i ich szczegółowe omówienie idealnie pokazują nam, że czasy, w których żyjemy, są najlepszymi możliwymi w historii, a schody, które pokonujemy jako ludzkość od setek lat po raz pierwszy nie wydają się tak długie i strome. Lektura rozpoczyna się małym testem, którego wyniki zaskoczą nas samych, jest pomysłowa, a autor sprawnie przeskakuje z jednego tematu (problemu) na drugi. Uświadamia, rozwija i uczy. Rosling na podstawie faktów, ale również poprzez swoje doświadczenia w imponującej karierze zawodowej, udowadnia nam, że postęp, który dokonał się przez dziesięciolecia na wielu płaszczyznach życia jest aktualnie przez nas niedostrzegany i niedoceniany.  Uczy, jak przejąć kontrolę nad instynktami, które sktutecznie zniekształcają nam obraz świata. Książka została napisana zrozumiałym językiem, przekazuje informacje czytelnikom chyba w najlepszy możliwy sposób. Lektura jest dobrym antydepresantem na obecne czasy, w których wiadomości przekazywane przez media przytłaczają nas swoim ciężarem z każdej strony. Polecam wszystkim zapoznanie się z tą świetną pozycją.

Macierzyństwo z innej strony.

Przyszło mi do głowy ostatnio – może trochę niezbyt etyczne z rodzicielskiego punktu widzenia – pytanie: jakby wyglądało moje życie bez dzieci? Nie zrozumcie mnie źle. Kocham je całym sercem, ale gdy od dłuższego czasu dają tak popalić, że mam ochotę wejść do rakiety i wystrzelić się w przestrzeń kosmiczną, podobne myśli pojawiają się automatycznie i znikają równie szybko, jak się pojawiły, wpędzając mnie w wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie. Odpowiedź i tak w końcu nasuwa się jedna: życie bez nich nie miałoby dla mnie sensu. Myślę, że każdej z nas przytrafiają się gorsze momenty, w których mamy zwyczajnie dość, bo w maratonie, w którym biegniemy już od jakiegoś czasu pojawiły się duże przeszkody i jesteśmy zbyt zmęczone, by je ominąć, a jednak robimy to i ten manewr wysysa z nas resztki sił. Krótki odpoczynek i łyk wody dają chwilę oddechu, który zaraz i tak tracimy, gdy ponownie zaczynamy biec. Jakby wyglądało zatem nasze życie bez dzieci? Chodziłybyśmy wypoczęte, wyspane, miałybyśmy sporo czasu, by rozwijać swoje pasje, karierę oraz podróżować kiedy byśmy chciały i gdzie byśmy chciały, robiąc to, na co w danej chwili miałybyśmy ochotę. Każda może sobie dopisać indywidualne preferencje według swoich potrzeb i chęci.

A jednak.. Nie miałybyśmy sensu życia, który widzimy dopiero wówczas, gdy na świecie pojawiają się te maluchy, wywracając nasz światopogląd do góry nogami. Codzienność byłaby pusta, bo brakowałoby tego słoneczka, które rozświetla nasz każdy dzień swoim uśmiechem, a promyczkami przechodzi przez nasze serca na wskroś, zostawiając w nich niewyobrażalne ciepło. I co z tego, że jest tyle zalet nieposiadania dzieci, skoro dla nas, matek, nie mają one żadnego znaczenia w porównaniu z ogromną miłością, którą czujemy do tych małych istot? Wiele im zawdzięczam. Oprócz tego, o czym już wspomniałam, dzieci na pewno zmieniły mnie jako człowieka. Jestem bardziej cierpliwa, wyrozumiała i świadoma swojej siły, którą nie raz mieliśmy okazję przetestować. Zwiększyła się moja wrażliwość, otworzyły mi się oczy na wiele spraw oraz poznałam siebie z innej strony. Mam świadomość, że kiedyś będę tęsknić za tym, czego teraz czasami mam dość i mimo wszystko staram się docenić ten czas, sprawić, by nie mijał zbyt szybko i bym nie przegapiła zbyt wiele, zajmując się innymi obowiązkami. Staram się upajać chwilą, gdy dzieci się do mnie przytulają, dopóki chcą to robić. Instynkt macierzyński wnika do naszego środka i wydobywa z niego paradoksalnie siłę i wrażliwość, o istnieniu których nie miałyśmy pojęcia. I mamy prawo mieć dość, mamy prawo być zmęczone, bo w końcu zajmujemy się dziećmi dwadzieścia cztery godziny na dobę, ogarniamy wiele spraw związanych zarówno z nimi jak i domem, jesteśmy na ich każde zawołanie zarówno w dzień jak i w nocy. Robimy kilka rzeczy jednocześnie. Znosimy ból i upokorzenia. Poświęcamy swoje ciało, odpoczynek, często karierę. Dbamy o ich zdrowie, edukację, dobrobyt i prawidłowy rozwój, przy tym i tak zarzucając sobie, że za mało robimy, że w czymś odpuściłyśmy, że mogłyśmy w coś włożyć więcej wysiłku. Przecież wychowujemy małych ludzi i nam się to udaje – to chyba wystarczający powód, aby być z siebie dumną? A to, że mamy czasami wyrzuty sumienia względem naszym niekontrolowanych, negatywnych myśli świadczy jedynie o tym, że jesteśmy dobrymi matkami. Nie możemy odpocząć od wszystkiego, co związane z macierzyństwem i nawet jeśli – w chwilach wielkiego zmęczenia – wydaje nam się, że bardzo byśmy tego chciały, prawda jest zgoła inna.

A co u nas? Pociechy od jakiegoś czasu dają porządnie w kość. Mała ząbkuje, noce wyglądają źle, a dnie wcale nie są lepsze. Rozwija się dobrze; może nie jest aż tak stabilna i silna jak jej rówieśnicy, nadrabia za to sprytem, ruchliwością i chęciami. Jeśli wierzyć temu, że termin endoskopii ponownie  się nie zmienił, wkrótce (w czerwcu) powinniśmy wiedzieć, jak długo tracheotomia córki będzie zajmowała znaczną część naszego życia. Cieszę się ogromnie, że coś w końcu ruszy do przodu, z drugiej strony strach przed wynikami, myśl o rozstaniu z młodym i tęsknota za nim w szpitalnej rzeczywistości łamie mi serce. Jak znaleźć siłę? Czasem wydaje się, że jej pokłady kończą mi się bezpowrotnie. A jednak wracają. Książki i ćwiczenia dają trochę odsapnąć od rzeczywistości, ale powodują większe zmęczenie fizyczne. Pociesza jedynie myśl, że może niedługo będzie lepiej. 🙂

Andriej Pogożew „Ucieczka z Auschwitz” – recenzja.

Kolejna wstrząsająca lektura związana z obozem Auschwitz, tym razem z pierwszej ręki – napisał ją były więzień, któremu po roku pobytu udało się uciec. Większość książki jest dramatyczną relacją z codzienności w obozie – autor opisuje poszczególnie sytuacje dodając przy tym swoje odczucia i przemyślenia.  Dowiadujemy się, jak powstał pomysł ucieczki, jak został pielęgnowany, aż wykiełkował i wyrósł z niego budzący podziw plan z prawdziwego zdarzenia, który doszedł do skutku. Utracone człowieczeństwo esesmanów, nadludzki wysiłek mężczyzn w walce o przetrwanie, zabawy oprawców kosztem zdrowia i życia więźniów, tortury i mordy, krótkie wzmianki o kobietach oraz dzieciach – wszystkie informacje znajdziemy w tej szokującej lekturze oczami Andrieja Pogożewa. Autor opisuje również proces sądowy, w którym wystąpił przeciwko swoim oprawcom, dokładnie opowiada o swoich uczuciach, gdy musiał wrócić w mroczną otchłań przeszłości, a studiowanie twarzy esesmanów w celu rozpoznania, popchnęły go w nią jeszcze głębiej. Książka jest świetnie napisana, doskonale rozpoznajemy sytuacje, które głęboko poruszyły autora – niektóre wspomnienia przenikają czytelnika swoim zimnem do szpiku kości; ich szczegółowe, opisane pięknym językiem wyznania byłego więźnia pozwalają w miarę możliwości zobaczyć oczami wyobraźni życie, które przeraża, wzrusza, a zachowanie esesmanów wywołuje obrzydzenie i niedowierzanie. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, jak wyglądało piekło na ziemi od człowieka, który je przeżył, nie powinien być zawiedziony tą lekturą.