Do Myrona Bolitara zgłaszają się dwaj agenci FBI. Domagają się, by podał im miejsce pobytu swojego dawnego klienta, Grega Downinga. Problem w tym, że Greg nie żył od trzech lat, a sam Myron wygłosił mowę podczas jego pogrzebu. Okazuje się jednak, że DNA Downinga znaleziono na miejscu podwójnego zabójstwa. O co tu chodzi?
Bardzo cieszyłam się na wieść o tym, że Harlan Coben napisał najnowszą powieść o przygodach Myrona i Wina. Czy słusznie?
Ci, co znają tę serię, wiedzą, że jest świetnie napisana, zarówno pod względem stylu, jak i wymyślonej intrygi. Każda książka trzymała w napięciu, posiadała dynamiczną akcję i wiele wątków. Była niczym labirynt, z którego z jednej strony chce się wyjść, by poczuć końcową satysfakcję, a jednocześnie pragnie w nim zostać, by nadal usiłować odnaleźć wyjście i nie kończyć przedniej zabawy. Z bohaterami utworzyłam wyjątkową więź, a zwroty akcji były gwarancją licznych zaskoczeń podczas lektury.
W tym przypadku wiele z tych cech nadal trzymało swój dawny, wysoki poziom, a jednak… Nie wszystko mi tu do końca zagrało. Owszem, pomysł na fabułę był świetny i jej poprowadzenie także, a styl i ironiczne poczucie humoru autora jak zawsze sprawiły, że książkę przeczytałam niemal jednym tchem. To wszystko się zgadzało. Doszły jednak elementy, które w zestawieniu z pozostałymi za bardzo się pogryzły i wpłynęły na mój końcowy odbiór powieści. A może to autor za wysoko postawił sobie poprzeczkę?
Zabrakło mi tu przede wszystkim emocji, zwłaszcza, że niektóre wydarzenia aż same prosiły się o rozbudowanie tej warstwy. Zabrakło wiarygodności w pewnych sytuacjach – zbyt licznych, by przymknąć na to oko, a jest to kwestia, w której niedociągnięcia mocno psują całą historię, przynajmniej mi. Końcówka, mimo tego, że nieprzewidywalna, pozostawiła ogromny niedosyt – jakbym przy zamówieniu ulubionego spaghetti dostała sam makaron. Mimo wszystko, książka jest dobra i warto ją przeczytać.
