Krzysztof Maciejewski „Dziewięćdziesiąt dziewięć” – recenzja.

Autor podjął się trudnego wyzwania i stworzył zbiór, który składa się z drabbli – form literackich liczących dokładnie sto słów.

Krzysztof Maciejewki postawił na różnorodność. Jest mrocznie, jest groźnie, jest refleksyjnie, jest dowcipnie, jest poetycko,  jest także fantastycznie.

Mimo niezwykle krótkiej formy nie są to łatwe opowiadania, wymagają skupienia, większego pochylenia się nad poszczególnymi zdaniami, by móc je zrozumieć, zinterpretować, przyswoić. Są napisane inteligentnie, skłaniają do przemyśleń na temat rzeczy, które mają dla nas znaczenie, ale nie tylko. Wiele opowiadań zawiera sceny niczym z horroru, znajdziemy tu także wątki paranormalne, dociekania na temat życia i śmierci, ironiczne przedstawienie pewnych przedmiotów, sytuacji życia codziennego, znajdziemy tu również odniesienia do znanych już motywów z literatury.

Mamy tu różne typy narracji, różnych bohaterów. Opowiadania dotyczą miłości, bliskości, błędów, pustki, samotności, śmierci, życia po śmierci i nie tylko. Jedne są lepsze, inne gorsze, niektóre nawet wydają się przekombinowane. Całość liczy dziewięćdziesiąt dziewięć opowiadań, są jednak tak krótkie, że wszystkie można bez problemu przeczytać za jednym zamachem, choć polecam robić sobie przy nich przerwy, by móc skupić na każdym drabblu większą uwagę – wiele z nich zmusza do zmiany perspektywy.

Czy całość mi się podobała? I tak i nie. Jak zawsze, zachęcam do wyrobienia sobie własnego zdania. 🙂

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Forma.

6 myśli w temacie “Krzysztof Maciejewski „Dziewięćdziesiąt dziewięć” – recenzja.”

  1. Zapewne wśród opowiadań są lepsze i gorsze, więc trudno ocenić całość, a poza tym każdy z nas ma inny gust literacki, więc jak słusznie zauważyłaś najlepiej samemu wyrobić sobie zdanie. Pozdrawiam 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Hahahaha! Mieliśmy kiedyś takie zadanie na studiach! Napisać opowiadanie na 100 słów i dostaliśmy na to jakiś absurdalnie krótki czas, bodajże 5 minut. Nie miałam nawet czasu na wymyślenie tematu, więc po komendzie „start!” zamknęłam oczy i postanowiłam napisać o pierwszej rzeczy jaka przyjdzie mi do głowy. A że do głowy, ni w kij, ni w pałę przyszły mi… surykatki, to powstał, zawarty w 100 słowach stek kompletnych bzdur na temat ich sekretnego życia, byleby zmieścić się w czasie… 5 sekund przed końcem miałam 97 słów, więc dopisałam „czytała Krystyna Czubówna”… Tomek dostał napadu histerycznego śmiechu po przeczytaniu mojego tekstu, i nie omieszkał przeczytać też naszym znajomym. Zresztą chyba do tej pory gdzieś mam ten tekst i obiecuję, że jeśli wpadnie mi w ręce, to ci prześlę 😀 😀 😀

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do olitoria Anuluj pisanie odpowiedzi